Recenzja kulinarna Wojciecha Nowickiego w Gazecie Wyborczej z dnia 15 lutego 2008 roku.

Wydarzyło się w nasze nowe święto narodowe - najdłuższy weekend nowoczesnej Europy - że naszedł mnie głód. Słońce świeciło przeczyste, ptaki fruwały i darły się wniebogłosy; naród zaś się lenił, zadając kłam twierdzeniom, że się zmienił nie do poznania. Naród lenił się dość masowo, więc leniłem się i ja, jego skromny przedstawiciel. Ale ja się leniłem na głodniaka. Musiałem więc w święto pracy kombinować tak, żeby coś zjeść - ale żebyście przy tym i wy, drodzy czytelnicy, coś z tego mieli. Żebyście z wypiekami na twarzy poszli moim śladem i mogli zjeść coś nie najgorszego. Kombinowałem i kombinowałem, aż sięgnąłem po żelazne zapasy - po miejsce, które od zawsze odkładam sobie na później, do którego wybieram się jak sójka za morze.

Zrozumiałem, że czas odwiedzić Cul-de-sac. Najpierw jednak zrobię nieoczekiwany zakrętas i opowiem o zupełnie innym wieczorze. Otóż wybrałem się niedawno do restauracji na proszoną kolację w miłym towarzystwie przyjaciół i licznego grona czeskich naukowców fotografów (bo właśnie trwa Miesiąc Fotografii). Zjedliśmy pieczyste, przyszło do deserów. Jeden z gości odrzucił ciasta i owoce i zaordynował sobie grillowany boczek z bitą śmietaną, lekko podlany czekoladą. Kelnerowi odebrało mowę, ale zamówienie przyjął. Naukowiec danie spałaszował z widocznym smakiem, zaś jego koledzy kręcili się niespokojnie i próbowali wszystkim wmówić, że to jakiś Ukrainiec...

Czemu o tym? Ano dlatego że w Cul-de-sac na podobne pobłażliwości liczyć nie możecie. Ta restauracja każdym atomem krzyczy: jestem ostoją luksusu i dobrego smaku. Więc jeśli luksus wam nie w smak, jeśli nie lubicie kelnerów na biało urękawicznionych, jeśli pasjami przepadacie za boczkiem z bitą śmietaną, to się raczej wstrzymajcie przed wizytą.

Zasiedliśmy zgłodniali, przerzuciliśmy kartę i jasne się stało od pierwszego wejrzenia, że tę kartę ułożył ktoś z głową. W Cul-de-sac panuje kuchnia międzynarodowa, z dużym przechyłem na Włochy i Francję. Trudno tego nie lubić. Rozparliśmy się wygodnie w kremowych siedzeniach i zaczęliśmy orgię wyobrażeń: co zjemy, jak nam będzie smakowało i jak nam będzie potem dobrze. Tym bardziej (a to rzecz nie bez znaczenia) że choć w Cul-de-sac dotąd nie byliśmy, to ręki szefa kuchni, pana Targosza, zaznaliśmy już w innych lokalach, gdzie przedtem kucharzył. Pedigree kucharza to rzecz niezwykłej wagi. Kto się knajpami pasjami interesuje, rozumie ten język tajemny.

Na wstępie wypróbowałem w waszym imieniu wątróbkę cielęcą z młodym szpinakiem w miodowym sosie, z dodatkiem kaparów i kandyzowanej cytryny. Jeśli ktoś nie lubi wątróbki, to zwykle za sprawą jej smaku wątróbkowatego - lecz ta w Cul-de-sac została skutecznie wyprawiona z wszelkiego nadmiaru gorzkawych miazmatów. Zostało pyszne, soczyste mięso w ciemnym sosie; strzelają w zębach ziarna zielonego pieprzu, skrzą się słono znakomite kapary, ale długie płatki skórki cytrynowej oraz słodycz miodu skutecznie równoważą wszelkie ostrości. To danie przekonało mnie, że pierwszomajowa decyzja, robotnicze wyzwanie rzucone wyspie luksusu było decyzją ze wszech miar słuszną.

Tym raźniej rzuciłem się próbować bukiet sałat ze smażoną przepiórką: bukiet spełnił prawie wszystkie obietnice, zaskoczyło tylko nieprzyjemnie zimne jajko w koszulce pod ciepłą przepiórką (no i sałaty były odrobinę przywiędłe, bo widać za długo czekały zalane sosem; w takiej restauracji wymagam świeżości absolutnej); jednak przepiórka i jarzyny zniknęły natychmiast, bo smaczne były nad wyraz. Pewnie się jeszcze na tę przepiórkę wybiorę.

Popróbowałem jeszcze w waszym imieniu dań głównych: zachwycających ravioli nadziewanych szparagami, słonawych, delikatnych, zawiniętych w pierwszorzędne, doskonale jędrne ciasto - a na dodatek pławiących się w żółtym maśle. Pożarłem płatki polędwicy wołowej podane z tartą cebulową... Doskonały zestaw, proszę państwa. Te płatki to raczej płaty (starannie wypytują o stopień wysmażenia), ciut doprawione, ale na pierwszy plan wychodzi to, co najistotniejsze: mięso. Jeśli chcecie zakosztować smaku mięsa, to bierzcie płatki. Towarzyszy im tarta cebulowa, a cebula jest bosko delikatna, słodkawa i z mięsem idzie świetnie w parze. Pożarłem jeszcze lasagniette - wielki płat ciasta zakrywający cały talerz, a pod nim pomidory, przednia mozzarella i grillowany bakłażan. Delikatny, przypieczony beszamel, wspaniałe ciasto makaronowe i lekki kontrapunkt świeżości, czyli pomidor z bakłażanem. Och.

W końcu nadszedł czas na espresso, na głośne wyrażenie zadowolenia, na gapienie się w szklany sufit - czyli w błękitne niebo i drzewa szarpane wiatrem. Przyszedł czas na pasa popuszczanie i na papierosa palenie. Tu niespodzianka: nie to, że lokal jest po prostu dla niepalących. Kelner poinformował, że "w muzeum się nie pali" (nawet na rachunku mam jasno napisane: "stolik 2 muzeum"), i grzecznie wskazał palarnię-bibliotekę. A tak. Bo napisy na budynku głoszą, że mieści się tu hotel, restauracja i muzeum. Te gabloty na ścianach restauracji, te kościane łyżki, gwoździe, jajko gliniane pochodzące z wykopalisk na Gródku - to miejscowe muzeum... (a dodam jeszcze, że są wspaniałe dzieła Bogusława Szwacza na ścianach). Ładne to i urocze, ale ja o umiar w bombastyczności proszę.

Natomiast jedzenie ze wszech miar polecam.

Cul-de-sac, ul. Na Gródku 4

Obiad dla trojga, bez alkoholu, kosztował zaskakująco niewiele (jak na taki przybytek): 202 zł

Tą recenzję przeczytasz również na www.gazeta.pl

Tagi:,