W Kulinarnym Pucharze Polski ukazała się rysa, której nie zatuszują ani pozujący w blasku fleszy kucharze, ani rozdane dyplomy i nagrody.

Dla mnie ta rysa pogłębia się z roku na rok i przy tej dziesiątej edycji ujrzała światło dzienne. Dla mniej wtajemniczonych KPP to finał finałów, skupiający najlepsze konkursy kulinarne w Polsce. Walka o miano najlepszego kucharza w naszym kraju. Ale od kilku edycji ta formuła - za sprawą ekip startujących - nie sprawdza się.  Patrząc na prace konkursowe nie trzeba być wybitnym fachowcem aby stwierdzić, że ich poziom był daleki od poprawnych, można by rzec, że obserwowaliśmy coś w rodzaju finału „Kulinarnego Amatora Roku”. Bynajmniej, abym nie był źle zrozumiany, nie jestem w opozycji do tego zacnego wydarzenia, ale trzeba zadać pytanie, co zrobić, aby takie sytuacje nie powtarzały się. Prawdą jest, że część ekip w składzie szef i pomocnik nie powinna się znaleźć z racji prezentowanego poziomu. Bo tak naprawdę przyniosły one wstyd polskiej gastronomii. W dodatku, gdy zapraszamy do jury zagranicznych szefów kuchni, by - jak się mówi - „byli bezstronni” i mogli przekonać się, w jakim punkcie wyjściowym są polskie kulinaria, wszystko zaczyna nosić miano małego obciachu. KPP, niezależnie od obecnych polskich realiów, wymaga zmian organizacyjnych już na poziomie wstępnym  by określić, nie tylko który konkurs ma rzetelne predyspozycje do tego, aby reprezentować  końcowy finał, ale również predyspozycje startujących. Bo jak na razie koła pociągu o nazwie KPP zaczynają się kręcić do tyłu, niż do przodu. Szkoda - Kulinarny Puchar Polski jest mi o tyle bliski, bo sam byłem laureatem pierwszej edycji tego konkursu.

---

fot. istockphoto.com

Tagi: