Jastarnia

Minęły już czasy, gdy chodziłem po nadmorskiej plaży w czapce kapitana, strzelałem na wydmie z karabinu marki Patyk i obowiązkowo przywoziłem jakiś niczemu nie służący gadżet, pamiątkę w stylu koła marynarskiego z termometrem w środku. Nie uświadczę już czasów, gdy pachniało chlebem - chyba w jedynej wtedy piekarni, a poranek przeszywał stukot kopyt konia zaprzężonego w wóz z rybami w sieciach, gdy wracał i wjeżdżał na podwórko domu, w którym mieszkaliśmy. Ale magnes Półwyspu Helskiego przyciąga mnie od lat. Dlaczego wracam? Czym jest nieprzerwany kredyt zaufania związany z tym miejscem? Podyktowane jest to chyba już tylko aktem wizualnym morza, zatoki, lasu. Są jeszcze miejsca (choć o to coraz trudniej), gdzie można „wyrwać” trochę tajemnicy naturze. Jeśli szuka się piękna rozumianego na swój własny sposób, to ja taką tajemnicę piękna odnajduję... Ale dość zwierzeń.

Konsumpcja

W ubiegłym roku napisałem tekst (tutaj), poruszający aspekt nadmorskiego żywienia, szczególnie w okresie letnim. Abyśmy mogli dobrze się zrozumieć, jestem człowiekiem nienormalnie normalnym, nie zamierzam być sfrustrowanym krwiopijcą, dociekliwie szukającym dziury w całym, szczególnie w wakacje. Nie spodziewałem się więc kulinarnego zwrotu akcji, który by zmienił mój punkt widzenia i czymś mnie zaskoczył. Co więcej, przyznam się Wam, wakacyjnie bratając się z całym światem, że w katalogu moich konsumpcyjnych "zbrodni" znalazły się m.in.: pizza, gofr z bitą śmietaną, kurczak z rożna, zapiekanka, frytki przepijane piwem i dla „fanu” lody typu świderek.  Ale tak się składa, że decydując się lepiej lub gorzej przelewać myśli na papier, podejmuję z Wami próbę obserwacji i dialogu. Dzielę się z Wami spostrzeżeniami. I obserwując ten show myślę, że może tak już musi być? Może ludzie potrzebują tych igrzysk, tej konsumpcji często trudnej do zrozumienia. Jazgotu, światełek, ogłupiaczy. Maszynki chwilowego zapomnienia. Nie wiem. Wiem jednak, że po raz kolejny byłem na fragmencie lądu pięknych Kaszub i nie zobaczyłem wyznacznika chociażby jednego dania związanego z regionem, które serwowane jest przez wszystkich dla dobra ogółu, jakiejś przeciwwagi dla fast foodu, dumy regionu. Tak jak to się robi w innych częściach Europy.  Chaos. Może gdzie indziej, nie tu.

Ryby

Nowością sprzed kilku lat jest większa ilość punktów sprzedających ryby wędzone. Obecnie obowiązkowo umieszczane w lodówkach (często zbyt długo). Spośród wielu rodzajów w tym roku trudno było uświadczyć klasyki. Mowa o flądrze. Tak naprawdę wędzone ryby nie odbiegały smakiem od tych, które zakupuję od czasu do czasu w Krakowie. Pytam w jednej z najdłużej mi znanych wędzarni , nawiasem mówiąc  z najlepszym garmażem rybnym, jaki miałem okazję spożywać (klasycznie, ale super) - o co chodzi? Komercja zjada wszystko - odpowiada sprzedająca. Te ryby, z poszczególnych punktów, to ryby mrożone. Następnie wędzone partiami w elektrycznej wędzarni we Władysławowie. Później widzimy napis „wędzone naturalnie od lat” . Może to prawda, nie wiem. Jeśli prawda, to nieciekawie. Ryby smażone to klasyczny schemat – „Bliskie spotkania z głębokim tłuszczem”, plus surówka i frytki. Dla mnie jedynymi wygranymi w tym roku jest grupa rybaków z prostą wędzarnią w porcie. O określonej godzinie rozpoczynają wędzenie, w finale, gdy ryba stygnie opowiadają o gatunku, wędzeniu i połowie - by następnie sprzedać określoną partię. Dymem przyciągają sporą liczbę osób dzień w dzień. Trzeba w kolejce odczekać swoje, ale warto.  Jednak komuś się chce. Dla takiego schematu jak schłodzona wódka, świeżo wędzona ryba i cytryna oraz widok na morze - będę wracał zawsze.

Ryby świeżo wędzone

Ryby świeżo wędzone w porcie w Jastarni

Powroty – zapiski niekoniecznie o kulinariach i czemuś służące

Pociąg wije się po Polsce jak wąż. A ja w nim, w pakiecie 18-to godzinnym od polskich kolei. Jestem w epicentrum rzeczy niezwykłych, takiego stanu rzeczy nie odnotowano do tej pory nigdy. Zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie najlepszego PRL-u. A gdzie teraz jesteśmy? Można rzec, w d..pie. Nie, w okresie przygotowań do Euro. Samotnie w przedziale od kilku godzin przeglądam gazety z przewodnim motywem teorii spiskowej wokół śmierci Andrzeja L. Nie mogę uwolnić się od zapachu toalety, gdzie powinni puścić soundtrack z filmu Pachnidło. Im bliżej końca, atmosfera jeszcze bardziej zagęszczona. Z braku większych środków rozwijających komórki mózgowe zaczynam rozmyślać o menu z ramówką jesienną. Ale tak naprawdę marzy mi się, aby do przedziału weszła piękna, tajemnicza kobieta, najlepiej kobieta-szpieg, z filmowym finałem stricte erotycznym. Nie. Więcej adrenaliny. Niech ten toczący się skansen w surrealistycznej wizji zostanie napadnięty przez Indian, jak na westernie. Gdzieś w okolicach ziemi kieleckiej wszyscy dostajemy się do niewoli, w finale zostajemy odbici przez służbę ochrony kolei, przebraną za kowbojów i tańczymy lambadę. Zamawiam kawę lurę z działu "napoje" u kierownika wagonu. Wracam szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy :-)

Polskie PKP

Polskie PKP

 

PS.

Przejazd samochodem z Mazur na Półwysep Helski, ok. 230 km – 7h 20 min. Dwukrotny przejazd pociągiem relacji Hel-Kraków – 18 i 17 godzin Powrót samochodem Jastarnia – Kraków – 11h 30 min (pod koniec przekraczając dopuszczalne normy prędkości - bez mandatu)

Ten wpis i komentarze do niego przeczytasz również na ArtKulinaria.pl

Tagi: